Skamieliny

Louis Bouilhet
Skamieliny
Enheduanna, 2026

Poezja

Gdzie kupić? [papier]

Gdzie kupić? [ebook]

Skamieliny

Poemat Louisa Hyacinthe’a Bouilheta (1821–1869) o pradziejach Ziemi przepowiadający jednocześnie jej przyszłość, kiedy to…

Skamieliny

Coraz wyżej szybują pośpieszne furczenia,
Hałas rośnie bez przerwy, cień się rozprzestrzenia,
Po czym o górskie zbocza czarny wir uderza:
Wzburzone rojowisko przedziwnego zwierza.
Straszliwe brzuchy stworzeń fałd okryte chmarą
Dyndają im pomiędzy łysych skrzydeł parą.
Głowa zaś, pysk zwężając, staje się dwojaka
Wpierw jak u krokodyla, potem jak u ptaka.
Tors mają obły, stopy długie, a pazury
Podwinięte, którymi zadrapują chmury.
Gnąc gałęzie, tnąc fale, na nic nie zważają:
Równie duże jak małe zlatują się zgrają
Wśród czarnych wodorostów i już legion cały
Pokrył cyple, na których stwory lądowały.
Rój się pod gałęziami wiszącymi tłoczy
I w każdym krzewie błyszczą rozpalone oczy.

Tymczasem łuską kryta bestia, stojąc w morzu,
Wywęszyła już bitwę wiszącą w przestworzu.
Wielka szyja, po której ciekną słone piany,
Wznosi się jak pień drzewa z kory odrapany,
A multum trzasków bryzą unoszone w górze
Rozjusza podrażnione pigmenty na skórze.
Niczym wiatr, który wieje w szuwarach, u zwierza
Głośny oddech dmie z piersi i nozdrza rozszerza,
Z gardła syk się unosi ostrzejszy niż brzytwa,
Po czym wszystko się gmatwa, zaczyna się bitwa.
Wśród pisków i skowytu niczym ziarna gradu
Można czasem usłyszeć dźwięczące bez ładu
Stukania szorstkich dziobów o łuskę stwardniałą!
Szumią skrzydła, trzepocząc, osaczywszy ciało.

Skamieliny

I czasem z wiatrem wpadał przez otwarte drzwi
Zmieszany z wonią uczty ciepły zapach krwi!

Nad rozpasaniem podłym chyląc kark hulacki,
Wyrzygał człowiek duszę na komnat posadzki,
I w dzikich namiętnościach tarzał się po uszy,
Jakby już serca nie miał, pozbywszy się duszy!

Blada ludzkość w plugawym otępieniu zatem
Bez odwagi, bez wiary kucnęła nad światem,
Wystawiając ku słońcu całą nagość swoją,
Jak trędowaci, którzy u bram miasta stoją.
Nadzieja więc upadła na serca w ruinie,
Bezsilni mędrcy dawnej przeczyli doktrynie.
Wszechświata cuchnącego jak otchłań złowroga
Nic już obmyć nie mogło, chyba że krew boga!

Pod świętą szubienicą, skąd na cztery strony
Pada światło, wstał z grobu człowiek oślepiony,
Wzrok utkwiwszy w gór szczytach ginących w oddali,
Ciągnąc całun po ziemi jak suknię po sali,
Szedł ku jutrzence! Szorstkie głazy przebijały
Białe stopy, choć nosił na stopach sandały,
A odkupując słodycz przeszłości zuchwałą,
Krwawym potem oblewał, jak Bóg, swoje ciało
I miażdżył je żelazem, wykręcał w płomieniach
Wciąż wilgotne po dawnych podłych upojeniach,
I zrywając pierścienie z jaśniejącej ręki,
Paznokcie szczypcom katów powierzał na męki.
Wtedy to po raz pierwszy umysł rozszerzony
Ogarnął upojenie łzami, pojął tony
Wiekuistego szlochu, co duszę przewierci,